poniedziałek, 31 stycznia 2011

psie historie, odcinek 1, ale wątpię, żeby ostatni

niniejszy wpis pobije chyba wszelkie rekordy blogaskowatości. nie myślałam nigdy, że kiedykolwiek poczuję potrzebę opisania mojego dnia i opatrzenia tego opisu relacją z towarzyszących wydarzeniom emocji. ale, jak się okazuje, o wielu rzeczach nie myślałam lub źle myślałam.

otóż: splot okoliczności sprawił, że opiekuję się psem. na krótko, tydzień, może 10 dni, inszallah.
i już, a psiak wylądował u mnie dziś koło 6:30 rano, mam masę obserwacji tak mnie zaskakujących, że aż podzielę się nimi w szerszą publicznością.

stałam się psim hotelem na zasadzie towarzyskiej przysługi. zwierza poznałam wcześniej, widziałam go może trzy razy i wiedziałam o nim bardzo mało. i gdyby cokolwiek, co dotyczy tego psa, zależało ode mnie, to inne byłoby wszystko. bo to jamnik, a nie przepadam za jamnikami, bo na na imię Maks, a ja nie lubię nadawania psom ludzkich imion, bo karmiony różnymi rzeczami, a ja jestem fanką wysokiej jakości suchej karmy... a w ogóle to wolę suczki, bo psy są agresywne. o.
poza tym nasłuchałam się, że Maks potrafi, gdy wyjeżdża jego pan, z rozpaczy zaordynować sobie głodówkę i że stresuje się ogromnie. super, pomyślałam, będę miała w domu kłębek psiej nerwicy. zwłaszcza, że mam już nieco traumatyczne doświadczenia z dwoma psami, które w moim domu - oddane na krótkie przechowanie - nie umiały się odnaleźć, biegały w kółko, hałasowały, niszczyły, nie szło się z nimi dogadać...
żeby nie rozepchać posta do nieludzkich rozmiarów, nie zrelacjonuję moich prywatnych obaw dotyczących wczesnego wstawania, pilnowania, ile czasu spędzam poza domem, itd, itp...

praktyka jednak okazała się zupełnie nieprzystająca od teoretycznych rozmyślań, o obawach nie wspominając.

Maks od wejścia zareagował na mnie z entuzjazmem. z jedzeniem problemów nie było. na pierwszym spacerze był ciekawski, żywy i fenomenalnie posłuszny. zostawiłam go z duszą na ramieniu, dla bezpieczeństwa pięć razy sprawdzając, czy nie zostawiłam na wierzchu niczego, co mógłby zniszczyć i dla  tegoż bezpieczeństwa wyjmując wtyczki z gniazdek, gdyby z nerwów postanowił wcinać kable.
i już w drodze powrotnej z pracy przyłapałam się na dzikim entuzjazmie. wstąpiłam do psiego sklepu po drobne zakupy i wyciągałam się z niego niemal siłą, bo ej, psie gadżety!
niedaleko domu złapałam się na tym, że niemal biegnę - co ciekawsze, wcale nie z nerwów, tylko z ekscytacji. pies pies pies piespiespiespies...
a w domu powitała mnie masa psiego szczęścia, skakanie i piski, wielki, czworonożny zachwyt, że jednak jestem, jednak nie porzuciłam biedaka na stałe.

i to był koniec. przepadłam z kretesem. teraz już nic mi nie przeszkadza: ani konieczność wstawania, ani wracania do domu, ani rozwłóczone po pokojach resztki żarcia, czyli konieczność ganiania z odkurzaczem jakieś sto razy częściej, niż do tej pory. ani to, że nie wiem, gdzie za parę dni będę szukała specjałów, którymi Maks się żywi. widok nowego-tymczasowego lokatora rozwalonego jak panisko na kanapie dopełnił tylko obrazu mojego całkowitego przepadku.

w przerwie od pisania tego posta otworzyłam sobie oszczędnościowe subkonto.
bo Maks na pewno nie będzie ostatnim psem, który zamieszka w tym domu.
pieprzyć wątpliwości. let's just do what feels right.

2 komentarze:

  1. O wow, chwilkę zapomniałam tu zaglądać, a takie wpisy przepiękne się pojawiają. Nie wiedziałam, że aż tak Maksa ukochałaś! Poza tym że dobre to wieści, świetnie się czyta. Pisz jak najwięcej!
    Acha, i jeste absolutną fanką ostatniego zdania!
    ann

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. heh, dawno nie widziałam tak pozytywnego komentarza =).
    co do Maksa, łapię się na tym, że przestawiło mi się całkowicie myślenie, wciąż mam w głowie rozkład spacerów i jakoś tak - choć była to kwestia godziny może dziennie - wolnego czasu przybyło mi aż kłopotliwie.
    Maks był daleki od ideału, ale sama psia obecność robi niesamowitości, jak się okazało.

    co do ostatniego zdania... wiesz, uczę się. times, they are changin'.

    OdpowiedzUsuń na zawsze