znowu tu jest. znowu przylazła, jak zawsze nieproszona.
wiem już, za co jej tak nienawidzę. z nią nie ma dyskusji. tyle razy myślałam o wszystkim, co kiedykolwiek mi powiedziała, co zasugerowała i co przemilczała i układam w głowie odpowiedzi. ile to już razy, kiedy nie było jej przy mnie, wyobrażałam sobie, co powiem, kiedy przyjdzie. mam gotową odpowiedź na każdy jej wyrzut, na każdą złośliwą uwagę, na każde co do jednego słówko głupiej, zjadliwej, niekonstruktywnej krytyki. wiem, że to ja mam rację i że w każdej dyskusji ją pokonam.
szkoda, że nic z tego. kiedy ona przychodzi, nie ma mowy o dyskusji. kiedy mówi, mogę tylko potulnie słuchać. kiedy ze mnie kpi, wierzę we wszytko i tylko połykam łzy. kiedy obraża ludzi mi najbliższych, w tych chwilach, kiedy nienawidzę jej najbardziej, co robię? potakuję. przyjmuję. zgadzam się.
bez słowa sprzeciwu wierzę w jej każde słowo. wierzę w każdą jej ciszę.
znowu tu jest. łazi wokół mnie bezczelnie, siada na parapecie, patrzy z pogardą. wie, że nic nie zrobię. nie wyrzucę jej sama, bo nie mam na to siły. nie zadzwonię po pomoc, bo nikt nie pomoże - w końcu to ja ją wpuściłam.
znowu jest.
znowu mówi swoje.
znowu, milcząc, słucham.
rozpaczliwie trzymam się myśli, że nie ma racji.
ciekawe, na ile mi tej myśli wystarczy.