poniedziałek, 9 listopada 2009

a teraz śmiesznie

oj śmiesznie.



i drugie śmiesznie:

wtorek, 27 października 2009

leaving...

szkoda, że wersja nie-live, z bardzo zresztą ładnym widełem, nie istnieje już oficjalnie na youtube. trudno. piosenka ważna.


poniedziałek, 26 października 2009

VCB

wiecie co? to nawet fajna jesień jest. ciepło jest. ładne kolory są. mgła klawa.
szkoda tylko, że wanderlust mi się znowu załączył. straszliwy. znowu prześladuje mnie nieistniejąca Barcelona: nie wiem, czego chcę. ale wiem, czego nie chcę.



edit: fascynujący ten teledysk, moim zdaniem =)

niedziela, 25 października 2009

wszystkiego najlepszego z okazji zmiany czasu...

w nagrodę jutro będzie ciemno już koło 16.
mniam.

czwartek, 15 października 2009

global warming my ass

wszyscy pisali o tym na fejsbuku, ja w takim razie pochwalę się na blogu. oto zdjęcia z mojego osobistego tarasu dnia 14.10.2009. enjoy.

poniedziałek, 12 października 2009

za stare przyjaźnie

dawno, dawno temu cytowałam tutaj kogoś, kto twierdził, że "przyjacielem może nazwać tylko kogoś, kogo od dawna zna" i wtedy się z tą tezą bardzo bojowo nie zgadzałam.
podobno poglądów nie zmienia tylko krowa - cóż, ja też z rzadka to robię. w kwestii długości trwania znajomości vs. definicja przyjaźni nic się nie zmieniło. faktem jednak jest, że doceniłam jakoś bardziej stare znajomości, a już szczególnie wiekowe przyjaźnie.
jest coś niesamowitego w przyjaźni, która ma te x lat. jest coś niezwykłego w tym, że masz przy metaforycznym boku kogoś, kto znał cię jako dzieciaka, albo przynajmniej znał cię przez połowę twojego dorosłego życia. wiem, że wieloletni przyjaciele nie mają monopolu na pakiet wspólnych wspomnień, wiem, że ilość, a jakość się liczy - ale całkiem cenne jest, kiedy przyjaciel potrafi przypomnieć ci głupoty robione za szczeniaka. wiem, że sama mówiłam, że całkiem cieszę się z tego, kim jestem teraz - ale dość miło znać kogoś, kto pamięta, jakim byłeś.
wreszcie całkowitym fenomenem i ogromną frajdą jest widzieć, jak zmienia się ktoś, kto jest dla ciebie ważny.

i tak. za starych przyjaciół więc!


a jeśli ktoś poczuł się tym postem jakoś urażony, to jest baba.

"jak zwykle, było niezwykle" - wiwsekcja koncertowa dla fanów emoblogasków

Sala Kongresowa
Warszawa
10 pażdziernika 2009
wejście od 18:00

tyle informacji z biletu.

faktów mam niewiele więcej. wlazłam w okolicach po 18. od razu dziko fanowski nastrój mnie dopadł, bo wydałam nieprzyzwoicie nieprzyzwoite pieniądze na koszulkę. plusem tejże jest to, że nie da się jej znaleźć nigdzie na necie, a jest zjawiskowa i natychmiast poderwała mnie i zdobyła cytatem z najlepszego chyba kawałka na Abnormally Attracted To Sin (front: "By the time you're 25 they will say you've gone and blown it", tył: "By the time you're 35, I must confide you will have blown them all"). więc koszulka, palarnia, widownia.
w okolicy po 19 na scenę wszedł Pan Supporting Act, niejaki Foy Vance, szalony Irlandczyk (chyba) z gitarą. świetny wokal, super kontakt z publicznością, urzekające próby mówienia po polsku... - szkoda tylko, że nie potrafiłam się na nim w żaden sposób skupić, bo niestety, nie do niego przyszłam, nie jego widzieć chciałam. ale stanowczo propsy za występ. propsy też dla basisty i perkusisty Tori (niezawodni i odwieczni John Evans i Matt Chamberlain), którzy zamiast popalać papieroski i szykować się na swój występ, dzielnie wspomagali Foya.

okolica 20. support schodzi, światła się zapalają. mnie szlag trafia.

20:10. wyjmuję z torby książkę i czytam. będę musiała przeczytać ten fragment znowu, skupić się w żaden sposób nie mogłam.

20:18. przy przepuszczaniu ludzi w głąb mojego rzędu, z kieszeni wypada mi komórka. upojne parę ładnych minut szukania.

20:niecałe 30. komórka znaleziona, siadam, chwila, gasną światła, wchodzą John (przebrany w koszulę) i Matt, światła na nich... po chwili wchodzi Tori.

i teraz tak... dla mnie, ten koncert miał wyraźne części. wyglądało to tak:

część pierwsza, jeszcze myślę logicznie, staram się zapamiętać kolejność utworów, pamiętam o świecie poza Kongresową:
Give - wiedziałam, że będzie pierwsze, a pierwsze słowa tego kawałka mnie niszczą zawsze
Hotel - pierwszy szok. kocham, kojarzy się, wgniata.
Cornflake Girl - drugi pewniak, John na gitarze, urocze "rrrrrrrrrr" Tori, banan na moim pysku.
Icicle - drugi szok. moje wieczne marzenie koncertowe się spełnia, kontakt z rzeczywistością jakby mniejszy.
Concertina - nigdy nie przepadałam, ale... brzmi inaczej. lepiej. wciąga.
Flavor - tego wręcz nie lubiłam.na pierwsze takty się krzywię, pierwsze słowa nie porywają, po pierwszych 30 sekundach jestem już kupiona.
Space Dog - to również było moje wielkie koncertowe marzenie, uwielbiam ten kawałek od pierwszego przesłuchania. trzymał i nie puścił. skaczę na główkę, nurkuję w muzyce. i to

where's Neil where you need him

jakby prosto do mnie.
Spark - tu już głupieję, nie wiedziałam, że to grywa, nie wiedziałam, że można to zagrać tak...
Welcome to England - rzeczywistość spoza sali wyciąga po mnie łapy, jakoś wyjątkowo magia opadła...

... Girl - ale wróciła, jeszcze większa.
tutaj właśnie, przy tym kawałku, coś przeskakuje. zapamiętywanie kolejności kawałków okazuje się być zabawą zbędną, świat znika. głupio to brzmi, ale nagle istnieje tylko tu i teraz, ta sala, to krzesło, ta scena, ta muzyka. mózg redukuje swoje działania li do rejestrowania obrazu i dźwięku. myśli idą na spacer. lecą czyste emocje. leci część druga koncertu:
Bells For Her - zaskakująco spokojnie zniosłam, jak na to, jak zmasakrował mnie ten kawałek dwa lata temu. ech, czas leci, sprawy się zmieniają.
John i Matt schodzą ze sceny, zaczyna się Lizard Lounge, czyli chwila tylko dla Tori i jej Bösendorfera. światła zamierają w miejscu, publiczność też.
Graveyard (with improv/new lyrics) - i poszło... improwizacja poszła w straszliwie osobistą stronę, nie śpiewała, jak dwa lata temu, do Warszawy i publiczności, śpiewała do kogoś, kto odszedł, bardzo prosto i bardzo z serca. od pierwszych dźwięków pomyślałam (poczułam?) o "Graveyard Book" w torbie, przyniesionym z myślą o autografie i jako specyficzny symbol. potem już nie myślę, czuję tylko, robię szybkie zdjęcie, ale już wszystko puściło, znowu płaczę na koncercie Tori, znowu jestem całkowicie w jej muzyce, poza tym nie ma nic.

Upside Down - zatyka mnie tylko na sekundę, bo nie spodziewałam się takiego cuda (dopiero dziś odkryłam, że przed koncertem Hania ogłosiła na gronie, że będzie grane). poza tym wciąż nie ma nic. są tylko słowa:

you see you always find my faults
faster than you find your own
w których zawsze słyszę "thoughts" zamiast "faults" i widzę coś zupełnie innego, i słowa:
well i found the secret to life
i found the secret to life
i'm okay when everything is not okay
i said i found the secret to life
i found the secret to life
i'm okay when everything is not okay
is not okay
są fenomenalne pauzy, jest cała kompozycja i każda nuta osobno. są niezwykle romantyczne flaki na wierzchu.
Gold Dust - nie wierzyłam, że może to zagrać. nie wierzyłam, że jak to zagra, mogę to przeżyć. okazało się, że
we make it up
as we go along
że Tori gra, śpiewa, a ja żyję. dopiero teraz zastanawiam się, co myślały o mnie dziewczyny po mojej prawej, z którymi najpierw dowcipkowałam głupio w przerwie, a potem siedzę, zaryczana jak siedem nieszczęść. nie mogły wiedzieć, że nic z nieszczęścia w tym moim zaryczeniu nie ma, że to tylko wyłażą na wierzch nieczęsto używane kawałki mnie.

Lizard Lounge oficjalnie się kończy, John i Matt wracają, dla mnie jednak nic się nie zmienia.

Hey Jupiter - w wersji, a jakże, Dakota.

guess I thought I could never feel
the things I feel
oraz
I go from day to day
I know where the cupboards are
I know where the car is parked
I know...

Jamaica Inn - dzięki Bogu. wracam do świata, ustalam miejsce i kierunki. lecimy częścią trzecią:
Talula - wspaniały wstęp do trzeciej części, zaśpiewana z wykopem, z kurwą, z pięknymi dostawkami w tekście.
Preciuos Things - zaraz po Taluli ludzie polecieli pod scenę, powstawali z miejsc. to już nie Kongresowa, to imprezownia. Tori szaleje, wyciąga dźwięki absolutnie nieprawdopodobne, gra szybko, za szybko, hipnotycznie, wariacko.
Strong Black Vine - czerwone tło, czysto rockowa aranżacja. tańcbuda aż trzeszczy.

Tori i panowie schodzą ze sceny, ale tylko pozorują koniec koncertu, wracają zaraz na bis,
Raspberry Swirl - kolejne spełnione marzenie. kontakt Tori z publicznością stuprocentowy, bawi się, śpiewa, ale jakby zagadywała i puszczała do nas wszystkich oko. sala szaleje, grubo ponad 2500 osób tańczy i klaszcze, ale atmosfera roztaczana przez Tori jest niesamowicie kameralna, jakby urządziła imprezę u siebie w domu. tak, wiem, to brzmi głupio i niewiarygodnie - trzeba było być i to poczuć.
Tear in Your Hand - minimalnie tylko spokojniej niż wcześniej, znowu

if you need me, me and Neil'll be
hangin' out with the DREAM KING
i wyjątkowo uroczy gest: śpiewając
maybe it's time
to wave goodbye now
Tori faktycznie macha do sali ręką, ale zaraz dośpiewuje
for a little while

znowu schodzą ze sceny, ale wiadomo, że drugi bis musi być, i jest.

Bliss - podobno zamówione na spotkaniu przed koncertem. nie moje, ale wkręca i trzyma.
Big Wheel - sam w sobie kawałek-impreza, publiczność zaangażowana w 105% odśpiewuje i klaszcze na wezwanie. przy okazji Tori ubawiona jak dawno.

i koniec.

wychodzę z obolałymi rękami, bolącym gardłem, spuchniętą od płaczu mordą, całkowicie wyłączonym mózgiem i wszystkimi emocjami, a nawet z moim małym, czarnym serduszkiem na wierzchu.

wychodzę z 80 zdjęciami (udane można zobaczyć tutaj), filmikiem (tutaj) i koszulką (bez linka).

wychodzę i wiem, że wrócę, gdy tylko będzie okazja. bo takie emocje uzależniają nawet zagorzałych antyfanów emocji.

dlatego wybaczcie, przez parę jeszcze dni mogę być inna.

I have a hiding place when spring marches in
will you keep watch for me
I hear them calling
gonna lay down
gonna lay down